Troi czeka na mnie w pokoju, a ja mam wybrać, co powiedzieć. To była całkowita zawartość ambicji twórców A Night with Troi z 1988 roku — erotyczna tekstówka na DOS-ie, która chciała być odważna i świeża, a wyszła po prostu żenująca. Bez grafiki, bez dźwięku, tylko czarny ekran, biały tekst i zmęczone odkłamywanie samego siebie.

Gra to interaktywna fikcja dla dorosłych, choć określenie "fikcja" jest hojne wobec tego, co naprawdę tutaj się dzieje. Czytasz opis sytuacji — Troi siedzi, patrzy na ciebie, czeka. Wybierasz jedną z kilku opcji dialogowych. Czekasz, aż komputer wyświetli następny paragraf, zwykle równie zawzięty i pozbawiony gracji jak poprzedni. Żaden plot, żaden kontekst, żaden powód, aby kogokolwiek obchodziło, kim jest ta kobieta lub co właściwie robisz.
Mechanika to czysty cykl: przeczytaj → kliknij → czekaj → powtórz. Nie ma tu żadnej inteligencji w interakcji, nie ma konsekwencji dla wyborów, nie ma nic, co by sprawiało, że następny obrót byłby inny od poprzedniego. To nie przygoda, to pauza między pauzami, przypominająca sobie własną nudę w poczekalni.
Pamiętana przez niszę miłośników retro DOS-a jako "ta gra dla dorosłych", A Night with Troi jest dokładnie takim horrorem, na jaki zasługuje — wstydliwy monument do naiwności lat osiemdziesiątych, gdy myślano, że zwykły tekst i obietnica seksu wystarczą do zabawy. Zestarzała się nie dlatego, że była od razu niedojrzała, ale dlatego, że nigdy nie była niczym innym.
Dzisiaj gra jest ciekawostką archiwistyczną, czymś, co warto sprawdzić w przeglądarce dokładnie tyle czasu, ile potrzeba, aby zrozumieć, dlaczego wszyscy o niej zapomnieli. To lekcja w tym, że sama życzliwość wobec tematu nie robi gry wartą grania.