Gdy po raz pierwszy uruchomiłem Ultrabots, spodziewałem się czegoś na kształt RoboSport lub Carnage Heart. Zamiast tego znalazłem się w jakiejś kryptycznej laboratorium pełnej ikon i tekstowych poleceń, jakby któryś okularniky naukowiec dyktował przez bezprzewodowy kontroler, jak powinienem operować moim robotem. Akcja rozgrywała się następnie na arenie 3D z niską ilością poligonów, która wyglądała, jakby została stworzona w jakimś programie z taniego sklepu w dziesięć minut.

Ultrabots to w zasadzie puzzle-symulator, w którym nie kontrolujesz swojego robota bezpośrednio, a raczej wydajesz mu polecenia. Budujesz go z poszczególnych części — kadłuba, broni, czujników — a następnie programujesz jego podstawowe zachowanie za pomocą instrukcji. Cel jest prosty: sprawić, aby twoja maszyna pokonała konkurencyjnych robotów na arenie. Dźwięki zwrotne są minimalne, animacje robotów pokrzykują z nudów, a cały system sterowania przypomina raczej pisanie w edytorze tekstu niż granie w grę.
Koncepcja na papierze jest interesująca, ale w praktyce szybko traci swój urok. Interfejs jest kłopotliwy, przełączanie się między częściami robota, ich ustawieniami i poleceniami jest żmudne. Gdy postacie na ekranie poruszają się tak wolno, że mogłbyś wziąć przerwę na wizytę w toalecie, poczułem tęsknotę za czasami, gdy „symulator" wciąż oznaczał nudę i czekanie, i uważano to za bonus.
Ultrabots powstał w erze, gdy deweloperzy próbowali wciskać wszystko na tabelach. To, czy to było naprawdę zabawy, było drugorzędne. Gra aspirowała do bycia strategiczna i intelektualna, ale zamiast tego zawisła gdzieś między niezrozumiałym interfejsem a żmudnymi animacjami. Wyraźnie inspirowała się taktyką symulatorami, co jest godne pochwały, ale wykonanie było po prostu krótkowzroczne.
Dzisiaj Ultrabots gra się tylko wtedy, gdy chcesz zrozumieć, jak wyglądały eksperymenty w latach dziewięćdziesiątych. To nie zła gra w sensie bugów — to bardziej gra, którą nikt nie chce grać. Pobrana w przeglądarce miałaby jedną zaletę: nie musisz jej instalować na swoim komputerze, gdzie tylko zajmowałaby miejsce i przypominała ci, że nie wszystkie pomysły nadają się na rynek.