Bomba czeka za rogiem, a ty możesz tylko patrzeć, jak się zbliża. Mr. Boom to gra, którą w latach dziewięćdziesiątych nazywano "time-bomb puzzle", i to była właśnie przyczyna, dla której pot lał nam się ze strachu. Prosty wygląd kryje pod spodem zupełnie szalony umysł.
Gra toczy się na siatce kwadratowych pól. Ustawiasz bomby, które eksplodują po kilku sekundach i niszczą wszystko w liniach prostych — poziomo i pionowo. Cel jest krystalicznie jasny: wyczyścić pole gry z przeszkód, które blokują ci drogę lub ukrywają przedmioty. Brzmi jak klasyk, który już znasz — i rzeczywiście jest. Kontroler porusza się po siatce prosto, ustawiasz bombę, a potem już tylko liczysz sekundy i chowasz się przed własnym zniszczeniem.
Ale potem przychodzi moment, kiedy uświadamiasz sobie, że umieściłeś bombę za blisko i teraz dosłownie znajdujesz się na linii palącej. Czas ucieka, pole się zmniejsza, a jeśli źle obliczyłeś geometrię wybuchu, koniec gry. To jest magia tych gier — pozornie powolny początek przechodzi w spanikowany chaos. Grafika to robota sprzed późnych lat osiemdziesiątych, dźwięki to to, co znasz z SoundBlastera: piskliwe, ale funkcjonalne. Nic wymyślnego, ale i nie depresyjne.
Mr. Boom stoi w szeregu gier, które nie są arcydziełami, ale mają słusznę DNA — mechanikę, która wgryza się w głowę. Nie o rewolucję tu chodzi. Chodzi o to, żeby to działało. Graficznie wygląda już jak artefakt, i dzisiejszy gracz nie będzie się palić do jej tworzenia. Ale dla kogoś ciekawego, jak wyglądała sprytna prosta zabawa w czasach 486, to świadectwo.
Dzisiaj grasz w nią w przeglądarce jako ciekawostkę, którą interesuje cię bardziej historycznie. Jeśli masz 45 minut do stracenia i chcesz wiedzieć, o co w tym chodzi, to niezbyt zły wybór. Tylko nie oczekuj czegoś zbliżonego do tempa i presji, które przynoszą nowoczesne gry mobilne. Tu jesteś sam ze powoli odliczającym się timertem i własnymi błędami.